wtorek, 3 września 2013

4) ROZDZIAŁ CZWARTY

Zatrzymałem się kilka metrów dalej. Wiedziałem, że ta tablica to sprawka mojego starego znajomego. Był zdolny do wszystkiego, dlatego bałem się o Alice. Cholernie się bałem. A pomogę jej tylko wtedy, gdy w końcu rozprawię się z Louisem. Udałem się wgłąb lasu. Nagle usłyszałem głośną rozmowę:
-Gdzie on kurwa jest?
-Spokojnie stary, zaraz tu będzie.
-Nie kurwa, nie będę spokojny! Nie po to tyle czekałem. Chcę go w końcu zniszczyć-dodał ściszonym głosem.
-Nie uda ci się-postanowiłem przerwać ich dyskusję.
Chłopak uśmiechnął się.
-Witaj Justin. Myślisz, że boję się emerytowanego dilera? Na twoim miejscu już bym uciekał. Zrobię z tobą to co kiedyś zrobiłem z Madisonem, pamiętasz? Albo tą głupią dziwką Khloe?

Zwykły sierpniowy dzień. Właśnie byliśmy w drodze do kina. Nagle Michael zatrzymał się przy jednej ze sklepowych witryn. 
-Khloe, ten broszka pięknie współgrałaby z kolorem twoich oczu-przytulił ją, a ona lekko się zarumieniła. Zawsze była nieśmiała. Tylko przy mnie udawało jej się rzeczywiście otworzyć. 
-Może wejdziemy do środka?-zapytał dziewczynę Madison. 
Skinęła głową. 
-Mamy poczekać?-zapytałem.
-Dogonimy Was-odpowiedział chłopak. 
Przyjaźniliśmy się od dziecka. Przez te kilkanaście lat staliśmy się nierozłączni, dlatego cieszyłem się, gdy związał się z moją siostrą. Wiedziałem, że on jej nie skrzywdzi.
Razem z resztą naszej grupy udałem się na przystanek tramwajowy. 
-Co to za dźwięk?-nagle zapytała jedna z dziewczyn. 
Dopiero wtedy zacząłem się przysłuchiwać. 
Strzały. 
-Cholera! Kryjcie się! 
Grupka zaczęła rozbiegać się we wszystkich kierunkach. Schowałem się za starym budynkiem i przyglądałem się całej akcji. Takie sceny widziałem już setki razy i normalnie nie wzbudzało to we mnie żadnych emocji, ale tym razem miałem złe przeczucie. Spojrzałem w stronę ofiar. Była ich dwójka. Zakrwawiony chłopak leżał na jezdni, a dziewczynę trzymał napastnik. Nie widziałem jej twarzy, ale mimo wszystko wydawała się znajoma. Szczupła sylwetka. Elegancka, kolorowa sukienka. Czarne, kręcone włosy. Zamarłem. 
-Khloe!-wyskoczyłem na ulicę.-Zostaw ją.
Napastnik odwrócił się w moim kierunku.
-Witaj Justin-uśmiechnął się.
-Zostaw ją w spokoju. 
-Nie mogę. Nie po tym co zrobiła-po chwili ciszy dodał-Widzisz tego chłopaka?-kopnął martwe ciało
Nie drgnąłem. Nie chciałem tego zobaczyć. 
-Widzisz go?-powtórzył pytanie spokojnym głosem.
Spojrzałem w dół. Mój najlepszy przyjaciel. Po moim policzku popłynęła jedna jedyna łza. 
-Dlaczego?-załkałem cicho.
-Widzisz... ktoś chciał, żeby tak było. Przecież nie zabijam bez powodu. Dwa dni temu ktoś do mnie zadzwonił. To była młoda i dość głupia dziewczyna. Płakała. Nic dziwnego. Właśnie przeżyła pierwszą kłótnię z chłopakiem. I, jak się zorientowałem, była pod wpływem alkoholu... Jeśli nie narkotyków. Powiedziała, że chce jego śmierci. Dla mnie nic nadzwyczajnego. Podała mi nazwisko ofiary. Pewnie domyślasz się, że chodziło o Madisona. 
-Łżesz.
Wzruszył ramionami.
-Po co miałbym to robić? Przecież i tak wiesz, że to co mówię jest prawdą. 
Co prawda, ta sama dziewczyna zadzwoniła do mnie dzień później. Chciała odwołać zlecenie. Ja jednak zwrotów nie przyjmuję. I, jak widzisz, zrobiłem co zrobiłem. Dokładnie tak, jak chciała tego ta suka-powiedział, wyciągając pistolet.-Teoretycznie to wszystko przez nią. Ona chciała jego śmierci więc tak jakby ona go zabiła-zaśmiał się, po czym skierował swoje słowa do Khloe.-A wiesz, w niektórych stanach, osoby, które zabijają same są zabijane.
Tak często powtarzał to jedno słowo. To jedno słowo, które rozsadzało mnie od środka. ZABIJANIE. 
-Więc dlaczego nie miałoby być tak i tutaj?-zapytał.-Żegnaj, dziwko.
Wystrzelił. 
-Do zobaczenia Justin-szepnął, kiedy ja klęczałem nad jej ciałem. Zakryłem oczy dłońmi, by nie wiedzieć jak umiera. I zacząłem płakać. Ostatnim co słyszałem to pisk opon. A potem... zemdlałem. 

-Nie waż się tak o niej mówić!-podszedłem bliżej.
-Ach tak, przecież była twoją siostrą. Była, pamiętasz?
Złapałem go za szyję, ale w tym momencie napadł na mnie Harry.
Chwilę później leżałem już na ziemi. Czułem ból w okolicy żeber, które prawdopodobnie były już złamane. To im nie wystarczyło. Dostałem jeszcze kilka razy w twarz. Zacząłem pluć krwią, ale udało mi się wyszeptać:
-Nie będziesz miał żadnej satysfakcji, jeśli zabijesz mnie w ten sposób. Dwóch na jednego?-po chwili przerwy dodałem- Nawet początkujący daliby sobie radę.
Louis posłał znaczące spojrzenie swojemu kompanowi, a ten powoli odszedł w kierunku czarnego samochodu i odjechał.
-Jest dokładnie tak jak chciałeś. Chociaż nie wiem czy to ci w czymś pomoże-zaśmiał się.
-Jeszcze zobaczymy-podniosłem się.
-Masz zdecydowanie za dużo pewności siebie, jak na dilera-uśmiechnął się głupio.
-Dilerzy ten potrafią zabijać-położyłem zdecydowany nacisk na ostatnie słowo.-Pamiętasz?

Obwiniałem się przez cały czas. Wreszcie nie wytrzymałem. Wystarczyło kilka telefonów do odpowiednich osób i sprawa będzie załatwiona-pomyślałem. 
Horan. 
Wykręciłem numer, a już po trzech sygnałach usłyszałem ten przygaszony głos.  
-Czego chcesz, Bieber? 
-Mam sprawę, chodzi o bandę Tomlinsona. 
Chłopak zakrztusił się.
-Tomlinsona? Chyba cię pojebało. W tym nawet  ja nie pomogę.
-Strach cię obleciał?-zakpiłem.
-Sam wiesz, że oni są nieobliczalni. Poza tym, co ty chciałbyś im zrobić?
-Wysadzić-odpowiedziałem jakby to było coś oczywistego.
Usłyszałem śmiech w słuchawce. 
-Chyba sobie żartujesz, albo po prostu ja się przesłyszałem
-Wystarczy jeden ładunek-przerwałem-wiem, że dałbyś radę załatwić coś tak mocnego.
-Tak, ale...-nie potrafił znaleźć żadnych argumentów-No dobra, zastanowię się, ale niczego nie obiecuję. Zadzwonię jak będę coś miał-rozłączył się.
Musi się udać.

Równo o 23:00 dostałem sms od nieznanego numeru:
"Przyjdź po odbiór punkt druga" 

Nie mogłem się doczekać!

O 1:58 zjawiłem się na starej budowie. To tu zawsze się spotykaliśmy więc tu miała czekać na mnie przesyłka. W ciemności dostrzegłem szybko poruszającą się postać, która rozstawiła coś pod stertą desek. Uśmiechnąłem się do siebie. 
Nareszcie.  
Po wzięciu czarnej paczki udałem się do domu. Musiałem to jeszcze raz przemyśleć. 
Wszystko powinno być po mojej myśli. Teraz potrzebny będzie Payne. Narkoman i alkoholik, który jakimś cudem dostał pracę na poczcie. I właśnie dzięki tej pracy będzie mógł mi pomóc. I tak ma u mnie dług do spłacenia. Powinien się zgodzić.

O poranku zadzwoniłem do chłopaka, powoli wyjaśniając mu to co ma zrobić. Nie wspomniałem co jest w przesyłce, ale kazałem mu szybko się ulotnić, po dostarczeniu jej. Nawet nie śmiał pytać co jest w środku. Na wykonanie zadania miał dokładnie godzinę. Zjawił się u mnie w przeciągu kilkunastu minut. Powtórzyłem wszystko jeszcze raz i wreszcie Liam udał się do rezydencji gangu "Tommo". Pojechałem za nim. Nie mogłem przegapić tej demolki. 
"Ding dong"-zabrzmiał dzwonek do drzwi. Przed dom wyszedł niewysoki mężczyzna o długich czarnych włosach. 
-Paczka dla państwa.
-Niczego nie zamawialiśmy-burknął. 
-Ale to nie pomyłka. Jest zaadresowane na ten adres. Najlepiej będzie jeśli pan po prostu sprawdzi co jest w środku, a jeśli rzeczywiście okaże się, że ktoś popełnił błąd, niech pan po prostu to odeśle. Do widzenia. 
Teraz wystarczyło tylko czekać. Na pewno nie zajmie to długo. A nie powinni się zorientować, nie są na tyle inteligentni, jak na płatnych zabójców. 
Nie pomyliłem się. Kilka minut później wszystko stanęło w płomieniach. Horan rzeczywiście dobrze spełnił swoją rolę. To był piękny widok. Zaśmiałem się pod nosem i wróciłem do mieszkania.
Po wieczornym wydaniu wiadomości okazało się, że zginęli prawie wszyscy. Dokładnie 12 osób. Przeżył tylko niejaki Styles. I Tomlinson, którego w tym czasie nie było z resztą. Kurwa. 
Ale znalazłem tego pozytywy, teraz przynajmniej wie, jak to jest stracić najbliższych.. 
Jak to mówią-oko za oko, ząb za ząb. 

-Stul pysk!
Zaśmiałem się.

A on strzelił.


Od autorki: 
Dziękuję za wszystkie wejścia i dziękuję za pierwsze komentarze, które naprawdę bardzo mi pomagają! xx #LoveYouAll

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz